Krwawy księżyc
Szła wolnym krokiem przyglądając się zwłokom dookoła siebie.
Zastanawiała się, co się stało i gdzie się właściwie znajduje.
Promienie słoneczne nie mogły się przebić przez gęste ciemne chmury, o ile to nie była noc. Jednak nie potrafiła tego stwierdzić, jej umysł był zajęty makabrą jaką tu zastała.
W powietrzu unosił się dym.
Pole bitwy.
Na ziemi leżały miecze i bronie, które już właściwie nie miały właścicieli i do nikogo nie należały. Ciała — część było spalonych lub nadpalonych, niektóre już zaczęły się rozkładać, odsłaniając wnętrzności. Inne przekute metalem, poszarpane.
Chyba, że drapieżniki przerzuciły się na padlinę?
Nie czuła w powietrzu zapachu spalonego mięsa, ani odoru psujących się zwłok.
Idąc dalej mijała tarcze z herbami wielu rodzin, zdumiały ją godła.
Nerthus.
Dzięki oznakom na zbroi mogła rozpoznać swych rodaków. Jej serce wypełnił smutek. Dociekała czemu jej naród walczył? Widziała symbol smoka — herb Agriali, ich sojusznika, który z pewnością stanął razem z nimi do boju.
Tylko pytanie, po co?
Idąc przed siebie odkrywała coraz to nowe fakty. Odkrywała kolejnych reprezentantów, którzy brali udział w tej batalii: Rivernów, Taiczyków, Elynczyków i Graidyczyków. Te ostatnie dwa narody nie były w dobrych stosunkach z jej krajem. Z pewnością to one rozpoczęły tą rzeź.
Jednak nie była do końca przekonana, że walczyli między sobą — raczej walczyli po tej samej stronie.
Z obrzydzeniem przykucała między martwymi. Stwierdziła, że żaden miecz nie pochodził z żadnego znanego jej kraju. Czyli mieli sojusz ze sobą, nie zabijali się nawzajem, mimo wrogości, jaka w nich panowała.
Zrozumiała jedno, walczyli przeciwko temu samemu wrogowi.
Kiedy wstała i zrobiła krok w tył potknęła i przewróciła. Wtedy zauważyła ciało większe od innych, które z pewnością nie należało do człowieka. Nie tak duże, jak na wierzchowca.
Było to nieznane jej zwierzę przypominające jelenia, ale znacznie się od niego różniło.
Wtedy zorientowała się, że część wojowników znika — ukazując w ten sposób, że w tej wojnie brali udział nie tylko ludzie. Ukazywały się jej najróżniejsze rasy. Części domyślała się, czym są, widziała je na własne oczy, niektóre znała jedynie z opowieści i malowideł. Wilki, jednorożce, elfy, ludzkie drzewa, chimery i inne, których nie potrafiła nazwać.
Nagle ziemia zadrżała, zmieniając się w piach. Na niebie zagrzmiało. Została sama, nic nie widziała na polu bitwy.
Wiatr się zerwał. W powietrzu zobaczyła pojawiające się, wielkie oczy. Były pełne nienawiści i zła, skupiały się na niej.
Przyroda zaczęła usychać i zamieniać się w pył.
Piasek zaczynał ją pochłaniać, topiła się w nim bardziej jak próbowała się uwolnić.
Wtedy usłyszała skowyt.
Wszystko zamarło.
Przed jej oczami ukazała się kobieca sylwetka, odziana w czerwoną szatę, falującą na wietrze. Uśmiechała się do niej, po czym podniosła sztylet. Trzymała go w ręku i wbiła sobie w pierś. Z miejsca, gdzie osadzony był nóż, wypłynęła krew. Szkarłatna ciecz zaczęła mienić się blaskiem, który rozświetlał mrok.
Światło tak ją oślepiło, że zamknęła powieki, po chwili je otworzyła. Panował teraz półmrok i powoli słońce wychodziło zza chmur. Po kobiecie w czerwieni nie było śladu. Zamiast niej stał olbrzymi, mityczny stwór odsłaniający kły i gotowy do ataku.
— Panienko. — Usłyszała bardzo znajomy szept. — Panienko Maret, obudź się. Cholera, Maret obudź się.
Głos obudził ją. Kiedy podniosła wzrok zobaczyła mistrzynię Lu, a w jej oczach strach. Maret cała była zlana potem. Dotarło do niej, że właśnie wyrwała się z koszmaru i teraz z powrotem jest w swojej sypialni. Kobieta włożyła do pochwy swój miecz, z którym nigdy się nie rozstawała.
— Mistrzyni, co tu robisz? — spytała Maret rumieniąc się na twarzy. Spoglądała na wojowniczkę, która była bez górnej części ubrania. Odsłaniała pełnej okazałości biust.
— Słyszałam krzyki za ścianą, kiedy szykowałam się do snu. Sądziłam, że ktoś właśnie cię zarzyna. — Na zatroskanej twarzy pojawił się uśmiech. — Kiedy wpadłam wiłaś i wrzeszczałaś wniebogłosy, zaciekle walcząc z poduszką.
Maret zobaczyła, że na podłodze, w całym pomieszczeniu leży porozrzucane pierze.
— Ale widząc twoje zaangażowanie walką żałuję, że nie mam cię w swojej gwardii.
Mistrzyni Lu, jako wojowniczka zajmowała się bezpieczeństwem i ochroną świątyni Światła. W walce nie miała sobie równych. Tytuł jaki zdobyła bardzo szanowała i dokładała wszelkich starań, aby pokazać, że zapracowała na niego sama, a nie dzięki pochodzeniu. Świetnie posługiwała się bronią białą. Bardzo szybko zdobyła uznanie i pozycję, mimo młodego wieku. Niebawem kończyła dwadzieścia sześć wiosen.
Maret natomiast miała szesnaście lat. Poszła jednak w zupełnie innym kierunku niż Lu. Od niespełna dwóch miesięcy Maret została przyjęta do świątyni i uczyła się na kapłankę.
Nie był to świadomy wybór, taki jak u Lu. Ona już od dziecka wiedziała, że chce zostać, jak jej matka wojowniczką, dlatego poszła w jej ślady. W świątyni przebywały jednie kobiety, przeważnie potomkinie osób już służących. Rzadko przyjmowano nowych z zewnątrz, a jeśli już to musieli przechodzić najróżniejsze próby oddania. Wiary w zależności od stanowiska, na którym chcieli służyć, dlatego nie każdy miał dostęp do pałacu światła.
Jeśli rodził się chłopiec, oddawano go niemal natychmiast pod służbę króla. W zależności, jak wysoką rangę miała jego matka, tak był szkolony. Mógł stać się urzędnikiem lub karierę zdobywać w królewskim wojsku. Natomiast, jeśli był synem niższej rangi kobiety, mógł liczyć jedynie na służbę na dworze królewskim lub być rzemieślnikiem dla króla.
Maret nie urodziła się w pałacu światła, kiedy była dziewczynką, jej wioskę zniszczono, teraz nie pamiętała nawet jej nazwy. Od tamtego dnia była bez domu, bez rodziny. Żebrała, kradła aby przeżyć na ulicy, szwendając się od miasta do miasta, bez celu. Wędrowała z pozostałymi, którzy stali się jej przyjaciółmi. Nauczyła się przetrwać. Jednak tego dnia przed paroma miesiącami zmienił jej życie.
W mieścinie, w której się zatrzymali, rozbójnicy okradli część mieszkańców i zranili ją dotkliwie. Maret patrząc na to nieszczęście pomagała w opatrywaniu ran. Sama kradła, ale przy tym nigdy nikogo nie krzywdziła. Kiedy bandażowała chłopca, podeszła do niej kobieta. W długiej, srebrnej sukni z kapturem na głowie, z białymi wykończeniami i przywiązanym pasem tego samego koloru. Kiedy ściągnęła kaptur siwe włosy zlewały się z jej ubraniem. Tak poznała wyrocznię, najwyższa kapłankę świątyni Światła.
Wyrocznia zaproponowała, aby została jedną z nich i służyła Światłu. W końcu przyjęła propozycję.
Kiedy pierwszy raz stanęła w progach pałacu, zrozumiała jak ważna jest rola tych kobiet i z jeszcze większa ochotą zapragnęła zostać prawdziwą kapłanką. W końcu poznała przez przypadek Lu, kiedy to zgubiła się w korytarzach, a wojowniczka bardzo chętnie pokazała jej drogę. Okazało się, że ich pokoje są obok siebie. I od tego momentu zaprzyjaźniły się.
Choć Maret wydało się to dziwne, że nowicjuszka ma pokój na tym samym piętrze, co wyższe kapłanki i wojowniczki. Widać, nie było gdzie indziej miejsca.
— Koszmar senny? — zapytała Lu.
— Tak — odpowiedziała Maret. — Koszmar.
— Opowiesz mi? Ponoć, jeśli się komuś zwierzasz ze snów, to te nigdy się nie spełnią. Chyba, że chcesz by się urzeczywistnił?
— Niech Światło się zlituje! Oczywiście, że nie!
Lu usiadła wygodniej na łóżku.
— Czy
— Maret czuła się skrepowana, na szczęście wojowniczka zorientowała się, w czym problem.
— Eh, Maret. Mam przecież to samo, co ty, więc nie wiem w czym problem? — Wstała podeszła do szafy z ubraniami, odtworzyła pierwszą lepszą szufladę wyciągając z niej coś, co mogła na siebie narzucić . Wróciła i ponownie usiadła. — To opowiadaj.
Maret ze szczegółami opowiadała swój sen, taki, jaki zapamiętała, a Lu wsłuchiwała się w każde jej słowo.
— I wtedy usłyszałam twój głos i się obudziłam.
— Rozumiem. Dość drastyczny sen — stwierdziła Lu.— Z takimi szczegółami opowiedziałaś swój sen zupełnie, jakby dział się naprawdę. Dlatego pewnie walczyłaś z prześcieradłem, zamiast z ruchomymi piaskami. — Zaczęła się śmiać, i łapać za brzuch.
— Co w tym zabawnego?
— Przepraszam. — Próbowała powstrzymać śmiech, ale nie dała rady. — Pewnie jakbym miała też taki sen, to zachowywałabym się podobnie. I to mnie rosmieszyło. Wyobrażasz sobie mnie, wojowniczkę, która nie może wygrać z poduszką?
Humor Lu udzielił się nowicjuszce, obie śmiały się głośno.
— Przestańmy, jest środek nocy — powiedziała wojowniczka. — Jeszcze ściągniemy tutaj innych, którzy pomyślą, że nas mordują kawałami. A jak wyglądał ten stwór?
Maret spojrzała na nią, tym razem już rozpoznała, że Lu spoważniała.
— Jaszczurkę z kłami, choć teraz zdaje mi się, że głowa bardziej przypominała wilczą z rogami, a ciało chyba było pokryte sierścią. Czemu pytasz?
— Z ciekawości — rzuciła Lu — przed jakim zwierzęciem w samą porę cię ocaliłam, nim zdążył cię pożreć we śnie.
Obie rzuciły sobie porozumiewawczy uśmiech.
— Jest noc, powinnyśmy już iść spać. W końcu jutro mamy dużo obowiązków — szepnęła Lu i pocałowała nowicjuszkę w czoło. — Dobranoc.
Zaskoczona tą reakcją Maret, ledwo odpowiedziała.
— Dobranoc. I niech Światło ma Cię w opiece nocy.
Wojowniczka wyszła.
Maret położyła się, ale nie mogła zasnąć.
— Mówisz, że to wszystko?
— Tak, Wyrocznio. Przekazałam Ci wszystko, co sama mi powiedziała.
— Dobrze się spisałaś też tym razem — pochwaliła ją kobieta w srebrnej sukni.
— Pani, sądzisz, że ona naprawdę nadaje się na kapłankę?
— Tak, Lu, albo i nawet na kogoś więcej. Widzisz, nie bez powodu wzięłam ją tamtego dnia z ulicy. — Popatrzyła na wojowniczkę.
— Miałaś wizje, Pani?
— Tak, Lu, miałam wizje. Widziałam w nich, że muszę tam po kogoś jechać, po kogoś, kto zajmie moje miejsce, kiedy mój czas się skończy.
— Pani czy ty
— Czy widziałam swoją śmierć? Nie bój się, jeszcze nie umieram, ani nie wiem kiedy to nastanie. Jednak jestem pewna, że to ona zajmie moje miejsce.
— Ale, Pani . Ona jest jeszcze taka młoda.
— Lu to nie stanie się z dnia na dzień, minie jeszcze wiele lat, nim to ona będzie rządzić za mnie.
— Sądzisz Pani, że jest gotowa na to?
— Na pewno nie w tej chwili. Ale w swoich wizjach widzę, że to ona zajmuje mój tron i przejmuje moje obowiązki. Pewnie, dlatego teraz ją znalazłam, aby ją do tego przygotować. Będzie wspaniała kapłanką, wyrocznią, tkaczką wizji oraz uzdrowicielką. Skoro tak chce Światło.
— Tyle talentów otrzymała od światła?
— Tak, uzdrawianie zauważyłam w dniu, w którym ją poznałam, nieświadomie użyła go na ranie tego chłopca i chyba nawet o tym nie wie.
— A dlaczego, Pani chciałaś abym akurat dziś, tej nocy miała ją na oku.
— Ja dziś też miałam wizję, a raczej spełniającą się rzeczywistość.
— Nie rozumiem Pani.
— Dziś jest pełnia, a podczas pełni potęgują się wszystkie rzeczy. Wszystkie talenty, emocje przybierają na mocy. Jeśli ktoś jest dobry tej nocy staje się jeszcze lepszym człowiekiem, jeśli ktoś jest smutny, smutek staje się tak silny, że ludzie odbierają sobie życie. Dlatego podczas pełni jest najwięcej morderstw i samobójstw. Ale nie w tym rzecz, również magia przybiera na sile, dlatego jeśli ktoś ma zostać tkaczką wizji, na noc to idealny sprawdzian. Jeśli śni, znaczy ze będzie tkaczką, jeśli nie, no cóż
— Rozumiem Pani, ale jak ma się do rzeczy?
— Już ci tłumaczę. Jeśli tkaczka ma sen, to znaczy ze najprawdopodobniej się ten sen wypełni.
— Chcesz mi Pani powiedzieć, że sen Maret się spełni?
— Tak jak i mój, a właściwie wiem, że już się spełnia. Dlatego nie możemy do niego dopuścić. Obserwuję ją codziennie. Widzę w niej, że ma wielką siłę i ma przeczucie.
Lu patrzyła z niedowierzaniem.
— Jak to?
— Potrafi wyczuć co się stanie. W przyszłości będzie bardzo silna. Pamiętasz, jak po kolacji kapłanki nabawiły się niestrawności, w tym ja i kucharki, które je przyrządzały?
— Tak.
Lu rzeczywiście pamiętała, bo również wyrocznia, nabawiła się niestrawności. Tego dnia nieświeże, jak się okazało było mięso. Kapłanki i kucharki, które przygotowywały i pewnie podjadały przekąski z zepsutym mięsem również dostały boleści brzucha.
Wojowniczkom nic nie było, gdyż osobno przygotowywało się posiłki i co drugi dzień na zmianę z kapłankami jadły mięso.
— Wszystkie kapłanki to spożywały, prócz Maret. Po kolacji spytałam ją, czemu nic nie tknęła z tej przystawki. Powiedziała, że nie miała ochoty.
— Przypadek, nie była głodna.
— Nic nie dzieje się przypadkiem. Podejrzewam, że ma szósty zmysł. I wyczuwa innymi zmysłami wszystko lepiej. Ma lepszy węch, lepiej widzi
— Pani, chcesz mi powiedzieć, że jest
— Tak Lu, jest lepsza ode mnie.
Wojowniczka popatrzyła na swoją przywódczynię.
— Mówiłaś Pani, że też miałaś dziś wizję.
— Tak, ja również miałam wizję tej nocy. Bardzo krótką i domyślam się, że koszmar tej nowicjuszki jest dopełnieniem mojego. Tylko muszę się jeszcze dokładniej zastanowić nad symboliką tych snów.
— Pani, wybacz, że ci przerywam, ale mówiłaś że twój się spełnia.
— Tak, spełnia się właśnie w tej chwili. Pożar rozproszony przez zdrajcę. Zobaczysz od jutra rozpocznie się wojna między naszym krajem, a Taiczykami. Będziesz miała dużo roboty.
Lu nie wiedziała, co myśleć o tych słowach, czy się cieszyć, czy płakać.
— Czy to ta wojna zakończy się tak, jak w śnie Maret?
Kobieta w srebrnej sukni powiedziała z powaga w głosie:
— Możliwe, choć oby nie. Tymczasem wracaj, musisz się wyspać. I nikomu nie mów tego, co dziś usłyszałaś. Dalej miej oko na tę nowicjuszkę, daj mi znać jak będzie miała kolejne wizje. Udawaj jej przyjaciółkę, aby się do niej zbiżyć. Ja muszę modlić się do Światłości, aby miała nas w swojej opiece teraz i kiedy nadejdą mroczne dni.
Tak oto kolejny rodział, gdzie rozgrywa sie gdzie indziej, ale też jest bardzo istotna dla histori. W kolejnym rozdziałe znów jednak powrócimy do kraju Thery i przygotowań do księzycowego święta.
Jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych rozdziałach, niech wpisze sie w ksiegę kości | Prenumerata a ja wisze go na listę, któr znajduje się poniżej (również mozna się wypisywać).